O tym jak posłałem się do piekła (dwa razy)
Pisanie raz na rok o tym, że znów się wyjebałem to nie aktualizacja, ani nadrabianie zaległości, to zwyczajnie brak profesjonalizmu ze strony zawodowego dziennikarza i blogera. Jako żaden z powyższych, nie mam też żadnych wyrzutów sumienia. Cóż mógłbym rzec, diabeł jednak straszniejszy, niż go malują. Zostało mi niewiele swobody na tym świecie, odkąd postanowiłem pozbawić się ostatnich mechanizmów obronnych i bardzo szerokich, a jednak przytulnych dróg ucieczki. I to nie tak, że narzekam czy manifestuję swoją złość na zapomnianym już portalu blogowym, choć nie ukrywam, że czuję sporo frustracji. Mam tak wiele rzeczy do powiedzenia, a jednocześnie na tyle hamulców i zdrowego rozsądku, że muszę posługiwać się kodem. Chyba to właśnie jest głównym powodem mojej frustracji, a bardzo chciałbym krzyczeć o tym, dlaczego świat jest czarno-biały, jakie głosy słyszę i o tym jak dwa razy posłałem się do piekła.
Czy każdy z nas oglądał, jako dziecko, kreskówki gdzie skalę dobra i zła przedstawiano w postaci aniołka i diabełka na ramieniu bohatera? Te małe stworki, zawsze były miniaturowymi wersjami Toma, Jerry'ego czy Kronka. Choć sam bohater tworzył piękny obraz całości, esencji człowieczeństwa, wizerunek etycznego konfliktu i tę cholerną szarość pomiędzy czernią i bielą, to nikt z nas, (a przynajmniej ja) nie wziął go pod uwagę. Istnieje dobry wybór i zły wybór. To tyle. Gdzie zatem podział się głos serca i rozumu? Gdzie decyzje, które mogą być ryzykowne, ale nie muszą, gdzie wybór, który zaprowadzi nas do miejsca, w którym będziemy musieli coś poświęcić, ale nikt nie wyjdzie na tym źle? Oczywiście gdyby mój dziecięcy móżdżek był wystawiony na tak skomplikowane konflikty duszy, mógłby się nieco przegrzać. Jednak to nic, w porównaniu z tym, w co wciągnęli mnie dorośli.
Kiedy więc zaczynamy myśleć o tym, co jest dobre a co złe? I co najważniejsze, kiedy poznajemy odpowiedź? Tak posłałem się do piekła po raz pierwszy, słuchając diabełka z aureolą, kolejnej postaci stojącej na moim ramieniu.
Od tego akapitu przejdziemy z bajkowej krainy, do nieco bardziej realistycznego miejsca. Jesteśmy nad oceanem, tylko w tym oceanie pływa parę topielców. Zakładamy oczywiście, że to rzecz normalna i raczej nikt nie zwraca na to uwagi. Zbiornik jest głęboki, ale od pewnego momentu. Na brzegu jest czysto, widać dno, a topielców brak. Mimo że nikt nie zwraca uwagi na pływające ciała, to raczej nikt nie chciałby się na nie natknąć. Jak daleko możemy odejść od piaszczystej plaży i czy brak gruntu gwarantuje nam napotkanie topielca, który wciągnie nas na samo dno? Gdzie znajdują się granice naszych możliwości, a gdzie są granice zdrowego rozsądku, kiedy popadamy w niemoc, a kiedy tracimy rozum i jest dla nas zupełnie za późno? Woda jest raczej daleko od kanonicznego obrazu piekła, ale to drugi raz kiedy się tam posłałem. Bardzo boję się głębokości, dlatego też nie mierzę swoich umiejętności w pływaniu zbyt wysoko. Ba! Powiedziałbym, że zazwyczaj jestem nadmiernie ostrożny nawet pod prysznicem. Więc po jaką cholerę, wziąłem łódkę nad ocean i postanowiłem skoczyć? Nie zrozumcie mnie źle, bo tam, gdzie nieznane, tam też nowe możliwości, np. żeby się utopić.
To jak głęboko znajdziemy się w wodzie, w większości przypadków zależy od nas. Jeśli nie zaczniemy panikować, gdy tylko stracimy grunt, to prawdopodobnie wyjdziemy z tego cało. Inaczej będzie się miała sprawa gdy stracimy grunt i nie tylko zaczniemy panikować, a obok znikąd pojawią się topielce (załóżmy, że to metafora przeszłości). Przy odrobinie oleju w głowie, użyjemy trupa jako deski ratunkowej, przy kompletnej utracie rozumu, zaciągnie on nas na dno. To właściwie metafora wszystkiego, o czym moglibyśmy pomyśleć. Przykłady mogą być różne, każde spotkanie z topielcem będzie miało miejsce w innej odległości od brzegu, a czasem podtopimy się i bez jego pomocy.
Zgubiłem się już nieco w moich myślach, ale głównie chodziło mi o to, że zanim rzucimy się na głęboką wodę, musimy poznać własne granice wytrzymałości. Chyba tak bym to ujął, co postanowicie zrobić z tym całym niepotrzebnym opowiadaniem, o ludziach na ramionach i trupach w wodzie, to już wasza sprawa.
Napisałem wcześniej, że czuję frustrację, bo chciałbym mówić o tym co mnie boli, ale muszę posługiwać się kodem. Po kilku godzinnych przemyśleniach chciałbym to nieco sprostować, bo to nie tak, że muszę, ja lubię i chcę pisać o pierdołach właśnie w ten sposób, czuję frustrację, bo utrudniam sobie komunikację.
Zgubiłem się już nieco w moich myślach, ale głównie chodziło mi o to, że zanim rzucimy się na głęboką wodę, musimy poznać własne granice wytrzymałości. Chyba tak bym to ujął, co postanowicie zrobić z tym całym niepotrzebnym opowiadaniem, o ludziach na ramionach i trupach w wodzie, to już wasza sprawa.
Napisałem wcześniej, że czuję frustrację, bo chciałbym mówić o tym co mnie boli, ale muszę posługiwać się kodem. Po kilku godzinnych przemyśleniach chciałbym to nieco sprostować, bo to nie tak, że muszę, ja lubię i chcę pisać o pierdołach właśnie w ten sposób, czuję frustrację, bo utrudniam sobie komunikację.
Kończąc już, chciałbym tylko przypomnieć, o tym, żeby pilnować ilości ludzi stojących na naszych barkach, nieważne jak malutcy się wydają, bo z czasem może być ich nieco za dużo, a ich ciężar nie pomoże nam się utrzymać na powierzchni zbyt długo.
Kacper x
Powinieneś pisać felietony do prasy. Masz świetny warsztat!
OdpowiedzUsuńByć może, kiedyś wyjdę spoza bloga, kto wie? Dziękuję bardzo 🩷
Usuń