Mentalny bałagan
Jako dziecko marzyłem o karierze muzycznej. Zawsze chciałem występować na dużych scenach z własnymi piosenkami o sławie, marzeniach. W mojej małej dziecięcej głowie wszystko było takie kolorowe, mnóstwo świateł, wesołe melodie i te głupawe, wymyślone na poczekaniu teksty. Jako dorosły typ po paru życiowych fikołkach, stwierdzam że niewiele z tych marzeń pozostało. Nie zginęły na zawsze, po prostu trochę się zmieniły. Mając już dwadzieścia jeden (21!!!) lat, nie marzę o wielkich scenach, boję się ich; w mojej głowie nie ma już zbyt wielu świateł ani radosnych piosenek. Czuję niepewność, niepokój i niemoc. Dorastając dałem się trochę ponapierdalać życiu i efektem tego jest moja wewnętrzna, co dzień rosnąca, szara wizja świata. Nie spełniam się artystycznie, tak jak bym kiedyś tego chciał, ani tak jak jakbym chciał tego dzisiaj.
Porzuciłem wiele rzeczy na swojej drodze, jednak nie przestałem pisać. Pisałem od zawsze, pamiętniki, dzienniki, piosenki, wiersze, opowiadania, książki. Żadnej z zaczętych rzeczy nie skończyłem, ale pisać nie przestałem. Pisząc dziś kolejną piosenkę, napisałem:
how many songs I have to write?how much cry to feel just fine?how many nights to let you go?look, how much it takes to be in love.
Skłoniło mnie to do głębszej refleksji. Ile? No właśnie ile. Jak dużo to wszystko kosztuje, ile jeszcze będę tkwił w takim samym stanie, aż wydobrzeję? Mam czekać, aż zrozumiem? Może to właśnie jest ten moment olśnienia? Prawdę mówiąc to poczułem się na maksa głupio. Rozejrzałem się wokół siebie i dostrzegłem spory bałagan, spojrzałem na ludzi, którymi się otaczam, wokół nich też bałagan, ale ich własny. Doszedłem do wniosku, że mój bałagan powstał tylko i wyłącznie przez to, że nieświadomie przynosiłem cudze śmieci do własnej nory. Wmówiłem sobie, że brud innych jest też moim, tylko dlatego, że widziałem to jak śmiecą. Na terapii doszedłem do wniosku, że moje powroty do zdrowia, synchronizują się z moją chęcią do sprzątania bałaganu w moim pokoju. (Tego prawdziwego, nie mentalnego). Terapeutka zaleciła mi zrobić z myślami to samo, co robię sprzątając. Co moje i potrzebne, mam ułożyć sobie to tak, żeby był porządek, co niepotrzebne to do wyjebania. Posprzątanie mentalnego bałaganu nie jest jednak takie proste, nie jest to zajęcie na jedno sobotnie popołudnie, ale na tygodnie, a nawet miesiące.
Przede mną długa droga, ale na jakiejś jestem. Pierwsze wnioski po dzisiejszych przemyśleniach? Nie chcę wszędzie nosić ze sobą śmieci, to odstrasza. Nie chcę być kojarzony jako typ ze złamanym sercem, który nigdy się nie pozbierał, nie chcę żeby smród przeszłości ciągnął się za mną aż do usranej śmierci. Nie chcę tak żyć.
Cóż za dramatyczne zakończenie posta... Get your shit together, bitch.
Komentarze
Prześlij komentarz