Trzydzieści minut
Chcę zniknąć na zawsze. Mocne słowa jak na dwudziestolatka, ale co mam dokładnie na myśli?
Człowiek statystycznie potrzebuje ok. trzydziestu minut, aby ochłonąć z negatywnych emocji. Co za tym idzie, moje "na zawsze" może potrwać właśnie tyle. Każda osoba, która zmaga się z czymś trudnym w życiu, chociaż raz tak pomyślała, lub jest na tyle stabilna, że kontroluje swoje myśli na tyle, by nie wpuszczać do swojej głowy myśli-śmieci, za co te osoby bardzo podziwiam. Jak się domyślacie, nie jestem jedną z tych osób. Czasem mam wrażenie, że na świecie są dwa typy ludzi, a ja jestem tym trzecim. Choć może to zabrzmieć jak wyróżnienie, to wcale nie czuję się wyróżniony, a raczej przyćmiony wszystkim dookoła. Zgaszony, zdeptany i zwyczajnie schowany gdzieś poza zasięgiem innych. Chcę zniknąć na zawsze. Czasem serio chcę, czasem chcę tylko zniknąć na te trzydzieści minut. Pod warunkiem że całe moje ciało i umysł zresetuje się, oczyści ze wszystkich skutków stresu i kiepskich wyborów w życiu. Trzydzieści minut w miejscu przeciwnym do ziemi. Gdzieś gdzie nie ma nic i kiedy ja się tam pojawię, też nie będzie nic.
Jako ludzie, czasem chcąc lub nie chcąc, analizujemy pewne rzeczy, głównie innych ludzi. Widzimy, łączymy fakty i dochodzimy do wniosków. Proste. To, co przychodzi nam trudniej to analiza siebie. Mówi się, że nikt nie zna nas lepiej niż my sami. Chcielibyśmy. Jeśli jest coś bardziej skomplikowanego niż pojęcie czasu lub wielkości wszechświata to, jest to definicja własnego ja. Jedyne co wiem o sobie to, to że jestem pełen sprzeczności. Co ani trochę nie pomaga mi zrozumieć czegokolwiek. Zniknąć na zawsze, to jedna z nich. Kiedy czuję się zbyt zdezorientowany i przytłoczony różnymi bodźcami, chcę uciec, ale nie mam gdzie. Żeby lepiej zobrazować wam ten stan — wyobraźcie sobie ocean. Ocean i siebie pośrodku niego, bez łodzi ani dmuchanych kółek, bez horyzontu. Nie ma gdzie uciec. Moja wewnętrzna walka polega na tym, że wierzę w to, że gdzieś dopłynę, lub ktoś wyciągnie mnie za kilka minut, ale nie mam już siły i... nie umiem pływać. Dlatego tkwię gdzieś pośrodku.
To wszystko, to tak zwane myśli-śmieci, mamy je, choć są bezużyteczne i tylko przeszkadzają, ale nie pozbędziemy się ich, są jak te 5 koszulek zalegających w szafie, które jeszcze kiedyś założymy, a prawda jest taka, że to brzydkie koszulki i nie chcemy ich nosić, ignorujemy je i kiedy czas włożyć tam nowe rzeczy, okazuje się, że nie mamy już miejsca... No ale przecież ich nie wyrzucimy. To właśnie robimy z myślami, jednak z nimi jest na tyle ciężko, że nie możemy fizycznie wziąć ich w ręce i oddać. Dostanie się do nich, wygląda jak otwieranie żelaznej skrzyni papierowym nożykiem i trwa (niestety) trochę dłużej niż trzydzieści minut.

I feel you brother. 100%
OdpowiedzUsuń