Kiedy znowu ci nie wyszło, a potem jest jeszcze gorzej

Wena i motywacja to te rzeczy, które najtrudniej mi pojąć, a najbardziej niepojęte w nich jest to, że pojawiają się i znikają jak randomowe myśli w głowie. Jednak są ludzie, potężni władcy własnego losu, którzy potrafią utrzymać te dwie rzeczy przy sobie bez względu na okoliczności. To bardziej zadziwiające niż dwunastotygodniowy płód potrafiący robić salto...

Czasem mam takie momenty, kiedy mój umysł jest spokojny, a emocje nie rywalizują na karuzeli o to, która wypadnie pierwsza. Wtedy planuję. Planuję bieżący lub następny dzień, wiem, co, kiedy, i o której, chcę zrobić, a w międzyczasie myślę o tym jak się rozwijać, rozważam pomysły na wiersze, zdjęcia, może jakieś inne ciekawe zajęcia. W tym czasie również obserwuję różne rzeczy, zagłębiam się w nie, potem idę spać z czystym sumieniem, że dałem z siebie wszystko. STOP. 
Rano dzwoni budzik. Szósty z kolei, bo poprzednie wyłączyłem. Jestem spóźniony, wypijam szybką kawę i biegnę na przystanek. Pięć minut spóźnienia (nie najgorzej). Siadam w ławce, próbuję notować, ale zgubiłem się po pierwszym zdaniu. Spoglądam na zegarek po godzinie pustego patrzenia na wykładowcę. Minęło 10 minut. Kurwa. Sytuacja powtarza się przez najbliższe kilka godzin. W międzyczasie robię przerwy w myśleniu, wypalam papierosa przed wejściem i wypijam kolejną kawę. Koniec zajęć. Do autobusu 30 minut, bo poprzedni przejechał przed moim nosem gdy przechodziłem na pasach. Trudno, idę pieszo. Do domu docieram kiedy już jest ciemno. Jem śniadanie, szybka kąpiel i kładę się do łóżka. Oglądam kota, który utknął w kartonie i to moja jedyna rozrywka tego dnia. Patrzę na zegarek: 02:35. Kurwa. Kładę się spać. Taki dzień zapętla się przez najbliższe 3 tygodnie. A ja dawno zapominam o tym co sobie zaplanowałem, czym jest motywacja i że miałem jakąkolwiek wenę twórczą...
Możecie nazwać to złym dniem albo po prostu pechem. Ja nazywam to moim życiem.

Chciałbym tak kiedyś dostać szansę na zrealizowanie planów, na napisanie czegoś cholernie dobrego, zrobienie sobie takiego zdjęcia, że zawiesi Instagrama na godzinę, albo chociaż na chwilę świętego spokoju w życiu, takiego, którego nie zniszczy dźwięk powiadomienia w telefonie lub przypomnienie sobie, że ostatnie dwa złote wydałem na zdrapkę, w której nic nie wygrałem.

Nie opisuję tego, żeby się wyżalić (kłamstwo), a po to, żeby zobrazować to dziwne zjawisko pojawiania się i znikania motywacji. Jednego dnia jesteśmy panami własnego losu, a drugiego, oraz kilka kolejnych, jesteśmy tymi, którzy stoją na drodze spadającej ptasiej bomby. Jeśli szukacie odpowiedzi na to "dlaczego?", to tu jej raczej nie znajdziecie. Ja jestem od tego, aby dać wam poczucie tego, że nie jesteście sami. Jednak, jeśli to nie dotyczy ciebie, bo jesteś zmotywowany i pełen energii. Go fuck yourself.



K.

Komentarze

  1. Wena i motywacja to kapryśne koleżanki. Niesamowicie piszesz, bardzo lekko, przyjemnie się to czyta. Dlatego życzę Ci, żeby te dwie zaglądały do Ciebie częściej i obchodziły się z Tobą łaskawie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pierwszy komentarz tutaj i jestem niesamowicie podekscytowany tym co nadchodzi oraz odbiorem przez ludzi. Dziękuję, bardzo mi miło czytać takie komentarze, to bardzo pomaga i motywuje do dalszego pisania!

      Usuń
  2. Dawno się z czymś tak nie utożsamiałem. Fajnie ubrałeś to w słowa.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz